Pysznie u Marty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Testowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Testowo. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2015

Testujemy blender kielichowy z młynkiem Aura marki Russell Hobbs

Zacznijmy od tego, że blender kielichowy był od dłuższego czasu obiektem mojego pożądania, a dzięki współpracy z firmą Russell Hobbs zawitał u mnie nowiutki i piękny blender Aura posiadający dodatkowo funkcję młynka. Z niecierpliwością wypatrywałam kuriera z tą właśnie przesyłką dla mnie i wreszcie się doczekałam :-)

Z ogromną ekscytacją otwierałam wielkie pudło, przyglądałam się, co jest na wyposażeniu, czytałam instrukcję... A jaką frajdę sprawiło mi pierwsze użycie... i kolejne... i kolejne... jeszcze mi się nie znudziło. Ale do rzeczy...

W skład tego fantastycznego zestawu wchodzą 3 elementy: baza, kielich oraz młynek. Baza posiada długi kabel, stabilizację zapobiegającą poślizgom dzięki przyssawkom oraz pokrętło regulacji szybkości i intensywności rozdrabniania - dwa poziomy pracy ciągłej oraz jeden poziom pulsacyjny. Kielich to gigantyczny dzban, nieco ciężki ze względu na dużą pojemność (1,5 litra), zwieńczony pokrywą z otworem, przez który można dodawać składniki już w czasie pracy urządzenia. Ostatnim elementem jest szklany młynek, w którym zmielimy np. ziarna kawy czy orzechy.

Wizualnie zestaw prezentuje się przepięknie i moim zdaniem jest na tyle klasyczny, że z łatwością wkomponuje się do wielu kuchni. U mnie blender ten już znalazł swoje miejsce na stałe.
Poziom hałasu, moim zdaniem to też ważny aspekt. Co prawda urządzenie do najcichszych nie należy, to daleko mu do dźwięku startującego śmigłowca :-) Ja korzystam z tego blendera nawet gdy dziecko  śpi niedaleko.

Co można przygotowywać w takim blenderze? W zasadzie to chyba wszystko i to jest ogromną zaletą tego sprzętu. Jak mieliście już możliwość zapoznania się z wcześniejszymi wpisami,  ja przygotowywałam w nim np. placki ziemniaczane oraz kawę mrożoną, ale to oczywiście nie koniec mojej przygody z tym blenderem, a wręcz przeciwnie, to dopiero początek. Nie wyobrażam sobie już bez niego mojej kuchennej egzystencji.

A co do ceny, to u oficjalnego partnera Russell Hobbs zakupimy to urządzenie za 269 zł.  Moim zdaniem warto.


niedziela, 31 maja 2015

Testujemy ręczny blender Aura marki Russell Hobbs

Blender ręczny - w dobie niezwykłych robotów kuchennych i urządzeń typu 10 w 1 (jak nie więcej :-)) brzmi może nieco banalnie. Nic bardziej mylnego. To cacuszko marki Russell Hobbs może okazać się nieocenione w codziennej pracy w kuchni i zaraz postaram się to udowodnić.
Całą linię urządzeń Aura uwielbiam za ich eleganckie białe korpusy, wszak już wspominałam przy recenzji miksera o swoich białych meblach kuchennych. Nóżka z ostrzem ze stali nierdzewnej prezentuje się równie stylowo. Całość uzupełnia wygodny pojemnik mieszczący w sobie aż 0,5l wsadu.

Blender jest łatwy w użyciu, a jego obsługa jest intuicyjna. Wyjątkowo ważną dla mnie cechą jest możliwość regulacji mocy siekania. To niewątpliwa zaleta tego blendera.

Cena urządzenia nie jest przerażająco kosmiczna, a jakość w tym przypadku jest naprawdę wysoka. Z ręką na sercu mogę polecić wszystkim i do wszelakich zastosowań blender ręczny Aura od Russell Hobbs.


środa, 22 kwietnia 2015

Testujemy mikser ręczny Aura marki Russell Hobbs

Tak się zastanawiam, czy możliwe jest obecnie egzystowanie w kuchni bez miksera ręcznego i powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie tego. Taki mikser to praktyczna pomoc w wielu sytuacjach - obiad, deser czy kolacja - często przydaje się coś zmiksować. W takich chwilach spisuje się doskonale mój nowy mikser ręczny firmy Russell Hobbs z linii Aura.

Jedną z zalet tego sprzętu jest estetyczny wygląd, dzięki czemu mikser wspaniale komponuje się z moimi klasycznymi białymi meblami kuchennymi. Cechy użytkowe również oceniam wysoko, ponieważ mikser posiada aż 5 poziomów prędkości i funkcję turbo, co stawia go na pierwszym miejscu obsługiwanych do tej pory przeze mnie mikserów. Poręczna rączka pozwala stabilnie i łatwo utrzymać urządzenie w dłoni, a zasięg kabla daje możliwość nieskrępowanych ruchów i dodaje nieco mobilności do tej, jakby nie patrzeć, pracy stacjonarnej.

Zestaw prezentuje się naprawdę bogato - 5 końcówek w poręcznym i stylowym białym woreczku. Mamy zatem parę ubijaczek, parę haków oraz jedną trzepaczkę balonową. Tak duży wybór umożliwia przygotowywanie wszelakich ciast, a mycie poszczególnych elementów po zakończeniu użytkowania jest tak proste, że aż, o dziwo, przyjemne.

Muszę przyznać, że współpraca z tym urządzeniem to dla mnie prawdziwa frajda. Nie spotkałam się z wygodniejszym i efektywniejszym mikserem jak do tej pory i nie zastąpię go żadnym innym. A kwestie ekonomiczne? Mikser Aura można nabyć już za nieco ponad 100zł, także wyjątkowo korzystnie, jak za tak wysoką jakość.




wtorek, 14 kwietnia 2015

Babka (mocno) cytrynowa

Wprawdzie święta już za nami, ale smak na babkę nadal pozostał :-) a zwłaszcza na taką, która nie pojawiła się przy świątecznym stole. Pora zatem nadrobić zaległości babkowe, a przy okazji przetestować ręczny mikser Aura marki Russell Hobbs - genialne urządzenie, które służy mi od kilkunastu dni i jestem z niego naprawdę zadowolona. Recenzja urządzenia już niebawem, a tymczasem - przepis. Bierzcie i róbcie swoje babki cytrynowe. Omnomnom!!!

Składniki na ciasto:


  • 4 jajka
  • 1,5 szklanki cukru
  • 1,5 szklanki mąki tortowej puszystej, świetnie się sprawdza mąka Lubella
  • 0,5 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cukru wanilinowego
  • 1 szklanka oleju
  • sok z cytryny

Składniki na lukier:

  • sok z cytryny
  • cukier puder

Wykonanie: 

Jajka zmiksowałam z cukrem za pomocą końcówek do ubijania. Następnie dodałam suche składniki i ponownie uruchomiłam mikser na wolnych obrotach. Na koniec dodałam do ciasta składniki wilgotne i znów ubijałam na gęstą płynną masę. Ciasto przelałam do formy posmarowanej masłem i wysypanej mąką. Wstawiłam do pieca na 45 minut. Polecam piec w temperaturze 170-180 stopni przy jednoczesnym grzaniu od góry i od dołu.
Po wyjęciu ciasta wyłożyłam je na paterę i polałam przyrządzonym lukrem na bazie soku z całej cytryny i cukru pudru. Cukru pudru należy użyć tyle, by uzyskać gęsty biały płyn. Proponuję stopniowo dozować ilość, aż do uzyskania pożądanej konsystencji.

Smacznego!




wtorek, 24 marca 2015

Testujemy wafle GoodFood extra cienkie

Co powiecie na drugie śniadanko o tej porze? Albo drobną przekąskę? Mam coś dla Was :-) Pyszne wafle ryżowe naturalne oraz kukurydziane solone. Każde inne, każde dobre. Co je łączy, to wyjątkowa chrupkość i niewielka grubość wafla. Wszak są extra cienkie.

Wafle ryżowe naturalne sprawdzą się chyba do wszystkich składników - zarówno tych słodkich, jak i tych słonych. Dobrze komponują się z dżemem, Nutellą, ale pasują także np. do jajecznicy czy wędlin.

Wafle solone kukurydziane są bardzo dobre do samodzielnego ich chrupania - nawet brak dodatków im nie straszny, choć ze słonymi i kwaśnymi dodatkami zyskują jeszcze więcej  w moich oczach :-) Nie próbowałam ich łączyć z niczym słodkim, ale być może nie byłaby to taka zła kombinacja, jak to się może wydawać. Ktoś próbował wafla słonego na słodko???

Smacznego!



wtorek, 3 marca 2015

Testujemy dania Karczmy Sabała*** w Zakopanem!

Muszę przyznać, że to nasza ulubiona restauracja w Zakopanem! I to nie tylko ze względu na smaczne jedzenie, ale także cudowny klimat, jaki nadają temu miejscu drewniany wystrój i występy góralskiej kapeli na żywo.
Menu jest naprawdę bogate, a każda kolejna wizyta to nowe doznania smakowe. W tym lokalu gościliśmy już 3 razy i każdy był inny, i każdy był udany. W lutym byliśmy także, jednak zdjęcia do tego posta wykonałam w czasie drugiej wizyty, a mianowicie w sierpniu minionego roku. Trochę zatem przeleżały na moim komputerze, ale wcale się nie zdezaktualizowały - dania dalej są w ofercie i mają się dobrze :-)



Co jedliśmy wówczas? Wyborne placki po zbójnicku. Nic dodać, nic ująć. Rewelacja sama w sobie. Porcja duża, zatem spożyliśmy ją na dwie osoby. Do tego fantastyczna herbatka, np. z wiśniówką i wieczór może być naprawdę miły.




Podczas ostatniej wizyty niecałe 2 tygodnie temu spędziliśmy tam jeszcze więcej czasu i skosztowaliśmy jeszcze więcej pyszności. Ja raczyłam się tagiatelle z borowikami i herbatką z konfiturą malinową, mąż natomiast kiełbasą z grilla z ziemniakami pieczonymi w łupinie z masełkiem czosnkowym i sosem szczypiorkowo - koperkowym. Zajadał się, aż mu się uszy trzęsły :-) A do tego popijał herbatkę ze spirytusem i wiśniówką jednocześnie. A to burżuj, nie?? :-)

środa, 18 lutego 2015

Kolorowe smoothies – dla każdego coś dobrego – orzeźwiający, odchudzający i odżywczy koktajl witamin

Dziś chciałabym zaprezentować Wam te oto cudeńka. Mowa tu oczywiście o przygotowanych przeze mnie koktajlach w trzech modnych kolorach: żółtym, zielonym oraz czerwonym i genialnym blenderze ręcznym Aura marki Russell Hobbs, który doceni każda pani domu. Wygodny i prosty w obsłudze – doskonały do zadań specjalnych i na co dzień. Ale przejdźmy już do moich smoothies, bo się niecierpliwią J Każdemu z nich nadałam swoje własne nazwy.

Żółty – orzeźwiający - Wspomnienie minionego lata
Zielony – odchudzający – Idzie wiosna
Czerwony – odżywczy – Czerwone krwinki  i Endorfinki

Składniki – smoothie żółty:


Składniki – smoothie zielony:

  • 1 banan
  • garść liści szpinaku
  • 2 sztuki kiwi
  • 1 łyżeczka cukru trzcinowego Sante
  • kilka kropel soku z limonki
  • odrobina mleka

Składniki – smoothie czerwony:

  •      opakowanie truskawek – w moim przypadku były to mrożone
  •      ½ granatu
  •       1 łyżeczka cukru trzcinowego Sante
  •       odrobina mleka

Wykonanie:

W każdym przypadku składniki wymagające obrania pozbawiamy zbędnej skórki i kroimy na mniejsze cząstki. Te umieszczamy w naczyniu i blendujemy, aż do uzyskania jednolitej substancji. Przelewamy do wysokich szklanek, mogą być schłodzone. Dekorujemy i pijemy na zdrowie.

Smacznego!




sobota, 4 października 2014

Testujemy wafle ryżowe Rizo & Go

Witajcie!

Jakiś czas temu zostałam wybrana wraz z innymi wytypowanymi blogerami kulinarnymi do przeprowadzenia testów nowych smaków wafli ryżowych firmy GoodFood. Jakie są te nowe smaki? Już spieszę Wam z odpowiedzią :-) 



Pierwsze, najlepsze, najsmaczniejsze i w ogóle same "naj" są dla mnie wafle o smaku barbecue. Uwielbiam wafle, ponieważ są świetną przekąską w ciągu dnia, ale... niektóre są po prostu waflami, a inne uważam za megawafle i to nie ze względu na rozmiar. Tak, barbecue są megawaflami, są wyraziste, posypka na nich jest przepyszna, intensywna, doskonała. Przyznam się Wam, że te osiem otrzymanych paczek wafli barbecue pożarłam w zawrotnym tempie. Komu udało się załapać na chociaż jednego, powinien się cieszyć. Jakiekolwiek dodatki są zbędne, bowiem wafle te smakują jak chipsy. Chrupiesz i nie potrafisz przestać, dopóki nie skończysz :-)

O ile wcześniej opisane wafle były obłędne, o tyle smak mango to już moim zdaniem mały klops ;-) Samych ich w zasadzie nie da się zjeść, ja z trudem jednego dokończyłam. Co więcej, do tej pory została mi jeszcze większość otrzymanych paczek i nie mam pojęcia co z nimi zrobić... Ktoś chce? Poczęstuję ;-) A tak na poważnie, mieszanka przypraw w posypce jest nad wyraz ostra, nieco piecze w usta i to nie tylko moja opinia. W zasadzie wszyscy anonimowi degustatorzy ze mną na czele wyrazili te samą opinię "Tego nie da się zjeść". Sądzę, iż za dużo tam curry, choć, co dziwne curry nie ma wyszczególnionego w składzie :-)

Postawiłam sobie jednak za cel, zrobić coś, żeby te wafle dało się zjeść. Istotne jest, by dodatek do wafli był łagodny, aby zneutralizować ostrość posypki. Jednym z pomysłów była sałatka z tuńczykiem, lekką śmietaną lub gęstym jogurtem naturalnym i kukurydzą. Uff, jakoś się udało, nawet było to smaczne. Mam jeszcze pomysł, w którym wafle stanowią dodatek do zupy, ale to kolejnym razem :-)


czwartek, 11 września 2014

Soczysty kurczak Knorr

Dziś dzielę się z Wami swoimi opiniami na temat testowanego przeze mnie zestawu na soczyste piersi z kurczaka Knorra. Do akcji zaprosił mnie zaprzyjaźniony portal Urodaizdrowie.pl. Poniżej prezentuję skład zestawu do testowania.


A teraz krótki (bo danie jest naprawdę szybkie) opis tego, co można z tym wyczarować.

Składniki: 


  • filety z piersi kurczaka
  • 1 kostka rosołowa Knorr
  • 1 kostka bulionowa z czosnkiem i pietruszką
  • 3 łyżki oliwy

Wykonanie: 

Poniekąd poszłam na łatwiznę, przyznaję się, ale chciałam sprawdzić, czy propozycja wykonania zasugerowana w książeczce dołączonej do zestawu jest warta uwagi. Nie obyło się jednak bez osobistych modyfikacji :-)
Na początek połączyłam kostkę rosołową z oliwą, zaczęłam się jednak zastanawiać, dlaczego w zestawie jest jeszcze opakowanie kostek bulionowych z czosnkiem i pietruszką. Pomyślałam, że dorzucę jeszcze jedną kostkę tejże właśnie. Wszystko wymieszałam na jednolitą konsystencję i przystąpiłam do nacierania filetów. Te usmażyłam na piękny złocisty kolor i podałam wraz z sałatką i porcją ciemnego ryżu.
Danie naprawdę smakowite, a kurczak wyjątkowo soczysty i co więcej, bardzo aromatyczny. Nie sądziłam, że z taką łatwością przygotowuje się tak pyszny posiłek, a jednak :-)

Smacznego!

wtorek, 19 sierpnia 2014

Testujemy dania Karczmy Paradise w Wadowicach!

Tym razem, inaczej niż do tej pory, sami zafundowaliśmy sobie wizytę w lokalu :-) Wszak zdarza się nam chodzić do restauracji i z tych wizyt także powinnam sporządzać skrupulatne notatki tutaj.
Na pierwszy ogień idzie porażka wszech czasów, dosłownie. Poczułam się w obowiązku, aby ostrzec wszystkich, kogo mogę, przed tym lokalem. Mieści się on w Wadowicach przy Jana Pawła II 21. Jako że byliśmy z mężem nieco strudzeni podróżą w góry, jak również dość głodni, postanowiliśmy zatrzymać się w mieście naszego papieża. Pierwszą myślą były kremówki i trzeba nam było się do nich ograniczyć. Niestety, pech chciał, że głód wzmógł się, a na wadowickim rynku odkryliśmy Karczmę Paradise...


Tak, rajska nazwa nas skusiła, ale wizytę tam wspominam jak w czeluściach piekielnych :-)
Wzięliśmy pizzę - dużą - nazwaną w menu pizzą mydlarską (sos pomidorowy, ser, szynka, ananas, oregano, kukurydza) w cenie 19,50zł, a do pizzy poprosiliśmy o sos czosnkowy, czyli zamówienie banalne. Wyobraźcie sobie, że nawet tak prosty, wydawałoby się, posiłek można zepsuć...
Na stół przyszły sztućce dla mnie i męża, czyli... 3 widelce i jeden nóż, no cóż, przyszło mi jeść dwoma widelcami :-)
Szast prast i było również nasze zamówienie, jupi, można było zacząć jeść. Ale coś dziwnie szybko się z tą pizzą uwinęli, za szybko... Wzięliśmy po kawałku pizzy, która wyglądała, jak na poniższym zdjęciu. 


Następnie sięgnęłam po sos i, o zgrozo, to sosem czosnkowym nie było. Próbowano nas majonezem oszukać, myśląc, że się nie zorientujemy!!! Natychmiast zareagowałam, odniosłam, zgłosiłam swoje zastrzeżenie. Nawet nie zostałam przeproszona za pomyłkę. No bo jakaż to pomyłka, oni po prostu zawsze tak robią. Gdy zapytałam o właściwy sos czosnkowy, odpowiedź brzmiała "Nie mamy!" To nie - pomyślałam - zjemy pizzę bez sosu. Kelnerka z łaską powiedziała, że odliczy mi ten sos od rachunku. Jakaż ona wspaniałomyślna :-)
Teraz stwierdzam, że nie było sensu w ogóle wchodzić do Karczmy Paradise. Pizza mdła i bez smaku. Tyle w temacie jedzenia w raju.
Podsumowanie, nieco żartobliwe, w formie poniższej piosenki.


I ja pytam, gdzie jest mój sos??? :-)

wtorek, 4 lutego 2014

Testujemy dania restauracji The Piano w Bytomiu!

I znów przesympatyczny portal Urodaizdrowie.pl zaprosił mnie i mojego smakosza Pawła do testowania restauracji z naszego regionu. Jestem wielce rada z tego, że mogłam zagościć w The Piano, restauracji, którą nazwałabym wielkim odkryciem kulinarnym 2014 roku i słowa te w żadnym wypadku nie będą przesadzone. Wciąż jestem pod wrażeniem, jakie wzbudziła u mnie wizyta w tej bytomskiej restauracji. Kto nie był, niech czym prędzej nadrabia zaległości!




poniedziałek, 6 stycznia 2014

Testujemy dania restauracji Stara Piekarnia w Bytomiu!

Testowanie restauracji Stara Piekarnia po raz kolejny zostało zorganizowane przy współpracy z portalem Urodaizdrowie.pl będącym pomysłodawcą świetnej akcji kulinarnej – Blogerzy Smakują

Stara Piekarnia to kompleks obejmujący restaurację, pub i apartamenty. Myślę, że każdy odnajdzie tu coś dla siebie i miło spędzi czas w urokliwych zakątkach starej hali produkcyjnej, gdzie dawniej wypiekano aromatyczny chleb, a obecnie mieści się tam niesamowity i robiący wrażenie piec opalany drewnem wiśniowym. Klimat restauracji jest naprawdę uroczy, atmosfera miła i rodzinna. Tak powinno być wszędzie!  

Wygląd restauracji:

Ta dwupoziomowa restauracja urządzona jest ze smakiem i wyczuciem stylu. Najwięcej frajdy sprawiło mi podziwianie kolekcji zabytkowych akcesoriów kuchennych i pięknego gramofonu.

W lokalu nie brakowało klientów, a nawet rodzin z dziećmi, które są przecież wielkimi smakoszami pizzy J

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na jakże ważny aspekt, a mianowicie kartę dań. I muszę przyznać, że byłam usatysfakcjonowana, nie tylko treścią, ale i nienagannym stanem menu.

Informacje i lokalizacja:

Bytom Miechowice

ul. Reptowska 4
tel. 32/ 280-22-00


Obsługa:

Jak na godną polecenia restaurację przystało obsługa wykazała się uprzejmością i fachowością. Uwielbiam momenty, gdy właściciel lub manager osobiście mnie wita i życzy smacznego posiłku. Ogromnie sobie to cenię i nie zawiodłam się również tym razem, odwiedzając Starą Piekarnię w Bytomiu.

Potrawy i ceny:

Będąc w pizzerii dysponującej tak okazałym piecem nie mieliśmy żadnego problemu z wyborem dania głównego. Bo to, że zjemy pizzę, nie podlegało dyskusji. Po dłuższym przeglądaniu menu zdecydowaliśmy się na pizzę… „Stara Piekarnia” właśnie, bo jakaż by inna w takim miejscu J Doskonały sos pomidorowy, mozzarella, polędwica wołowa i prawdziwki na aromatycznym i chrupiącym cieście to było niesamowite doznanie smakowe warte 31zł. Mi oraz narzeczonemu bardzo smakowało. A wszystko to za sprawą oryginalnego włoskiego przepisu i wypiekowi pizzy w piecu opalanym drewnem. Zanim jednak zaserwowano nam wybraną pizzę zostaliśmy uraczeni przystawką extra. Nikogo zapewne nie zdziwi, że była to bruschetta.



Do pizzy ja zdecydowałam się na słodkie i niesamowicie rozgrzewające grzane piwo z imbirem (7zł), narzeczony natomiast wybrał sok z czarnej porzeczki (4,5zł).


Podsumowując, wizyta w Starej Piekarni pozwoliła nam zasmakować przepysznej, oryginalnej włoskiej pizzy i mile spędzić czas w tak niesamowitym miejscu. Inne dania z listy zapowiadają się również wybornie, dlatego szczerze polecam zasmakowania ulubionych dań jak i nowości w Starej Piekarni!
 





czwartek, 19 grudnia 2013

Testowanie barszczu czerwonego ekspresowego Knorr

Jeśli w tym przedświątecznym czasie Wasz zasób czasu jest wyjątkowo ograniczony, polecam wszystkim skorzystanie z doskonałej alternatywy dla gotowania barszczu od podstaw. Barszcz czerwony Ekspresowy z Knorra idealnie wpisuje się w klimat świąteczny i pozwala na pewne modyfikacje smakowe, co jest o tyle przydane, gdy znudził się już Wam smak tradycyjnego barszczyku.
Przygotowanie barszczu jest dziecinnie proste, śmiem przypuszczać, że nawet nie znający się na gotowaniu mężczyzna dałby sobie z tym radę ;) 
Ja przygotowałam barszczyk zgodnie z instrukcją na opakowaniu, czyli 2 łyżeczki barszczu na 180ml gorącej wody. Całość dokładnie wymieszać, nie gotować. 
Pierwsza wersja smakowa barszczu jest ostrzejsza. Taki efekt można uzyskać dodając kilka kropel soku z cytryny, szczyptę cukru i świeżo zmielony pieprz (producent poleca także estragon i tymianek dla wzbogacenia smaku).
 Wersja słodka powstała natomiast z miodem i cynamonem.
Osobiście uważam, iż lepsza jest wersja ostrzejsza. Słodki barszcz nie dawał mi odczucia ani zupy ani słodkiego napoju rozgrzewającego. Ale oczywiście jak kto woli, moi drodzy. Spróbujcie sami obu wersji i wybierzcie najlepszą dla siebie.

Smacznego!

poniedziałek, 21 października 2013

Testujemy dania restauracji japońskiej Origami w Dąbrowie Górniczej!

Testowanie restauracji Origami odbyło się po raz kolejny w ramach akcji kulinarnej – Blogerzy Smakują, organizowanej przez portal Urodaizdrowie.pl 

Origami to klimatyczne, pełne uroku miejsce na kulinarnej mapie Zagłębia. Już wchodząc do środka uderza nas niesamowity spokój, ład i harmonia. Do uszu płynie cisza i to jest piękne w Origami. Do tego pyszne jedzenie kuchni wschodniej i można się naprawdę zrelaksować. Nam aż nie chciało się stamtąd wychodzićJ

wtorek, 1 października 2013

Testujemy dania restauracji La Grotta w Katowicach!

Zanim przejdę do jakiegokolwiek omawiania, oceniania czy komentowania, najpierw chciałabym się wywiązać z części formalnej, później już będzie mniej oficjalnie ;)

Informacje:

Testowanie restauracji odbyło się w ramach akcji kulinarnej – Blogerzy Smakują, której organizatorem jest portal Urodaizdrowie.pl. Zapraszam do śledzenia ich strony, gdyż lista restauracji na bieżąco się rozszerza i aktualizuje, więc warto!

Lokal, który odwiedziłam to La Grotta Ristorante & Pizzeria. La Grotta to fantastyczna włoska restauracja położona na tyle blisko centrum Katowic, by łatwo się tam dostać nawet spacerkiem po pracy czy zajęciach na uczelni (albo zamiast zajęć J) i na tyle daleko, by nie dało się poczuć tego całego zgiełku wielkiego miasta. Jednym słowem – idealnie. Tak piszę, że miejsce to dobrze położone jest, zapytacie zatem gdzie? Już spieszę z adresem dla Was i zanotujcie go sobie, bo warto. Otóż smacznie zjecie i nie pożałujecie na ulicy Wawelskiej pod numerem 3 (tuż obok dworca PKP). Na koniec tego całego wstępu dodam tylko, że lokal odwiedziłam ze swoim przyszłym mężem Pawłem, który wykonał część poniższych zdjęć.

Strona WWW lokalu: http://www.lagrotta.org.pl/

Wygląd restauracji:

Schludno, czysto, ale prosto. Jednym słowem KLIMATYCZNIE. W tle leciała spokojna muzyka, dookoła unosił się zapach włoskiej kuchni, ściany zdobiły liczne ilustracje w ramach, a nad oszkloną szafką w rogu zawisło motto „LOVE is a beautiful dream”. Plus za napis, plus za ramy i plus za prostotę, czyli już trzy plusy ode mnie J
Lokal dysponuje czterema poziomami. Wchodzimy na pierwszy i mamy do dyspozycji dwa poziomy w górę i jeden w dół. Paweł stwierdził, że lokal nie jest nudny. Ma rację, bo stali bywalcy przy każdej wizycie mogą siedzieć w innym miejscu, a jest z czego wybierać.
Jedyny drobny minus, który zamierzam wytknąć to papier toaletowy – niezałożony na właściwe miejsce. Z tyłu położona była wielka rola papieru, a w podajniku… pusta rolka. Przeoczenie, zaniedbanie? Nie wiem.

Obsługa:

Muszę przyznać, że obsługa była nad wyraz miła i troskliwa, ale nie przesadnie uciążliwa. Bywały momenty, gdy czułam się jak gwiazda w tym lokalu, niczym sama Magda Gessler ;) ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Kolejnym plusem jest przelewanie napoi do szklanki przy kliencie. Nie wszędzie tak robią, a klient chciałby przecież wiedzieć, co dostaje do picia i czy jest to zgodne z jego zamówieniem.
Ponadto, w La Grotta bywają nawet rodowici Włosi, a obsługa w mig dostosowuje się „językowo” do ich obsługi. Tu plus za kompetencje językowe.
I dzwoneczek – ciekawe rozwiązanie informujące kelnera, że danie gotowe – plusik za dobrą organizację J

Potrawy i ceny:

Coś do picia? O, tak! Już na początku kelner widział, że długo będziemy myśleć nad jedzeniem… Paweł jako miłośnik herbaty i kierowca tego dnia otrzymał dzbanuszek pełen dobrej jakościowo, jak twierdził, herbaty (6zł). Ja z kolei gustuję w winach, co nie zdziwi czytelników mojego bloga. Mój wybór padł na kieliszek wina Lambrusco Amabile (9zł), półsłodkie, czerwone, gazowane. I musze przyznać, że nie zawiodłam się, choć na co dzień gustuję raczej w winach półwytrawnych.

Na początek zaserwowano nam przygotowany wcześniej SPECJALNIE DLA NAS starter. „Przygotowany wcześniej” wcale nie oznacza, że czekał na nas cały dzień, aż łaskawie się zjawimy. Był smaczny, ciepły i świeży. Nie sprawiał wrażenia odgrzewanego, lecz przygotowanego bezpośrednio przed podaniem. Co to było? Otóż był to, jak powiedział nasz przesympatyczny kelner, włoski specjał ratatouille. Znam makarony, pizzę i tiramisu z kuchni włoskiej, ale ratatouille nie, toteż zapisałam sobie nazwę, by sprawdzić, czym owe ratatouille jest. Słowo to już wcześniej obiło się o moje uszy, wiedziałam, że to COŚ do jedzenia, coś bliżej nieznanego. Swoją drogą kojarzy się z bajką o szczurku – Ratatuj - której w sumie też nie widziałam, ale może po wizycie w La Grotta nadrobię filmowo – kulinarne zaległości J
Zatem ratatouille to jarska potrawa prowansalska, która opiera się na składnikach warzywnych, przede wszystkim na bakłażanach, cukinii, papryce, cebuli i pomidorach. Prowansalska to jednak nie włoska, toteż kelner nas oszukał, ale darujemy mu to ;) Włoskim odpowiednikiem ratatuj (spolszczona nazwa też jest akceptowalna) jest peperonata, tzw. bigos włoski. Pawłowi zdawało się to przypominać leczo. W sumie to niegłupie porównanie. Takie bezmięsne leczo, za to wyjątkowo smaczne. Do tego otrzymaliśmy koszyczek z pieczywem. Trzy rodzaje pieczywa wśród których znalazły się małe włoskie bułeczki oraz focaccia, czyli „ciasto pizzowe z pieca”, co udało mi się przepisać z ichsiejszego MENU.

Po przystawce nadeszły nasze dania główne. Jakoś szczególnie długo nie musieliśmy czekać. Paweł, za poleceniem kelnera, zamówił risotto La Grotta, ja natomiast miałam wielką chęć na lasagne La Grotta.

RISOTTO LA GROTTA (21zł): ryż włoski, kurczak, cukinia, cebula, pieczarki – bardzo dobre i sycące danie, które zawiera wszystko, co potrzeba, czyli porcję węglowodanów, białka, warzywa i wyważony smak. Mnie zdawało się to troszeczkę ostre, ale to raczej wynik zabaw Pawła z wielkim młynkiem do pieprzu, aniżeli złego przygotowania przez kucharza.

LASAGNE LA GROTTA (29zł): płaski makaron, sos bolognese, szynka, ser, filet z kurczaka, sos beszamelowy, całość zapiekana w piecu – smaczne, ale bez rewelacji, chyba bardziej smakowało mi risotto Pawła J

Po jedzonku czas na… dalsze jedzonko, zatem czas  na deser. Nasz wybór to tiramisu dla mnie i pannacotta dla Pawła.

TIRAMISU (13,5zł) – jak podkreślił kelner „tiramisu własnej produkcji” – miękkie biszkopty, delikatny krem z mascarpone, wyczuwalna nuta kawy i alkoholu, fantastyczne, przepyszne, rewelacyjne i w ogóle NAJ J

PANNACOTTA (12zł) – dobra, bo z malinami, które bardzo lubię, ale nie przebiła tiramisu.

Doskonałym podsumowaniem deserów będą chyba słowa Pawła przed i po:
PRZED: „Tylko nie tiramisu, ja  nie chcę tiramisu!”
I PO: „…ale tiramisu było znacznie lepsze” :D


Podsumowując, restauracja La Grotta zadbała o nasze wszystkie zmysły – ciekawy wystrój i kompozycje na talerzach nasyciły oczy, muzyka płynęła wprost do uszu, zapach zaostrzał apetyt, każdy kęs miło łaskotał podniebienie, a smak jest nie do opisania. Musicie skosztować sami!

Wejscie

Miłe powitanie

Przegląd MENU

cudowny młynek, marzę o takim :)

Przegląd MENU


Herbata

Ratatouille

Ratatouille

Przystawka

Wnętrza


Risotto La Grotta


Lasagne La Grotta

Wnętrza raz kolejny


Pannacotta

i Tiramisu - najlepsze :)